niedziela, 2 lutego 2014

I niech los zawsze wam sprzyja, czyli jak pogodzić się ze śmiercią ukochanej postaci

Wczoraj skończyłam słuchać Kosogłosa - ostatnią tom Igrzysk Śmierci. Przeczytałam ją dużo wcześniej, jednak między obejrzeniem pierwszej i drugiej części filmu, postanowiłam odświeżyć sobie pamięć i ściągnęłam audiobooka, który leciał mi w tle przez kilka kolejnych dni. 


To był błąd, i nie chodzi mi o to, że dwa razy śniły mi się Głodowe Igrzyska rozgrywane na moim podwórzu, ale o to, że po raz drugi musiałam zmierzyć się ze śmiercią ulubionego bohatera trylogii. Co więcej, ponownie zapoznając się z treścią książek, polubiłam go jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem, a więc jego śmierć zasmuciła mnie jeszcze bardziej. Popłakałam się. Do tej pory, kiedy pomyślę o nim, oczy robią mi się mokre.



Gdybym kiedyś miała okazję spotkać Suzanne Collins, niewątpliwie moim pierwszym pytaniem skierowanym do niej byłoby: "Dlaczego go zabiłaś?!". Zresztą to pytanie mogłabym zadać wielu innym twórcom książek, mang, filmów i seriali. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich ulubionych postaci umiera. A ja muszę żyć dalej.


Zaraz po wypłakaniu się w poduszkę i zadaniu tysiąca pytań "Dlaczego właśnie on?!", zaczynam szukać wśród znajomych kogoś, kto miał styczność z owym bohaterem. Zazwyczaj któraś z moich przyjaciółek wie, w czym rzecz, i spieszy z pomocą. "Autorka musiała mieć bardzo zły dzień" powiedziała mi A., która też ubolewała nad tą śmiercią. (Ewentualnie konsultuję sprawę z kilkoma innymi osobami i spotykam się z powszechnym zrozumieniem. "Wredna baba z tej autorki.")

Krok drugi to zwrócenie się do M.. Wyjaśniam jej sytuację, a ona ma na to gotowe rozwiązanie: "Jesteś nekromantką w Starters, wskrześ go sobie." Starters to jej książka, umieściła mnie tam jako nekromantkę właśnie, więc wystarczy, że powiem "Chcę mieć tego i owego" i mam. Oczywiście więcej dzieje się w naszej wyobraźni niż na papierze, jednak lubię mieć poczucie, że postać nie zginęła, ale żyje w innym świecie. 

Na koniec pozostaje mi już tylko stworzenie własnego fan fiction, gdzie bohater wcale nie umiera i wszystko kończy się szczęśliwie lub też umierają wszyscy i to też jakiś rodzaj happy endu. I historia żyje własnym życiem.


Tym razem pomógł mi w tym konkurs na lubimyczytać.plWyobraźcie sobie, że odkryliście tajne wejście do mózgu wybranego bohatera literackiego i możecie sterować jego myślami i czynami. Kim chcielibyście sterować i jak wykorzystalibyście tę moc? Natychmiast wpadłam na pomysł i zasiadłam do pisania. Zainteresowanych odsyłam tutaj: klik, przypominając jednocześnie, że wypowiedź zawiera spoiler.

Czytaliście/oglądaliście Igrzyska Śmierci