Chyba znów zacznę chodzić do kościoła. Bóg musi mnie bardzo kochać i potwornie się o mnie martwić, bo ostatnimi czasy spełnia wszystkie moje prośby.
Pomoc w sesji (której koniec zbliża się wielkimi krokami), drobna zmiana w pracy jutrzejszego dnia, dogodny plan zajęć na kolejny semestr, spokój z panem W., a nawet idiotyczne długopisy.
Jest jakieś inne sensowne wyjaśnienie? To muszą być cuda.
P.S. Boże, byłabym naprawdę wdzięczna za ten kawałek szczęścia, o który modlę się tyle lat.